Strona:William Shakespeare - Sonety.djvu/63

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


CIV.

Dla mnie, mój miły druhu, ciągleś młody,
Tak samo piękny, jak gdym twoje oczy
Ujrzał raz pierwszy. Trzech już zim zawody
Wygnały z lasów blask trzech lat uroczy.
Wraz z biegiem czasu, widziałem trzy wiosny,
Jak się zmieniały w żółtość trzech jesieni.
W żarach lipcowych spłonął maj radosny,
Ty, ongi świeży, wciąż pełny-ś zieleni.
A jednak piękność cicho naprzod sunie,
Jak ta wskazówka na zegarze. Zda się,
Że w niewzruszonej ciągle stoisz łunie,
Lecz ach! me oko myli się!... O czasie,
Co masz się zjawić, słuchaj: zanim w gości
Przyszedłeś do nas, umarł maj piękności.




CV.

Nie bałwochwalstwem miłość ma być zwana
I nie bożyszczem mój umiłowany.
Że wciąż o jednem śpiewam i wciąż pana
Wielbię jednego bez żadnej odmiany.
Miłość ma dobra dziś i dobra będzie
Jutro i stała jest w przecudnej mierze,
Więc wiersz mój, skazan na stałe orędzie,
Jedno, niechając zmian, w swój zakres bierze:
„Piękny i dobry i wierny“ i dalej
„Piękny i dobry i wierny“ w przemnogi
Wygłaszam sposób: w tym trójgłosie pali
Jeden się wyraz, cudny cel mej drogi,
„Piękny i dobry i wierny“ — trzy słowa
Nie zawsze społem, dziś je spólność chowa.