Strona:Wieś Ilustrowana, marzec 1911.pdf/5

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
MARZEC 1911 WIEŚ ILUSTROWANA 3


MIESIĄCE.
III. MARZEC.
Fragment z Karnkowa, w Płockiem (fotografia amat. p. Z. Karnkowskiej).

W zagrodzie Marka Sikory smutno jest i wesoło.Połączenie zda się niemożliwe. a jednak...
Zbliżająca się ociężałe wiosna budzi nadzieje, wydziera z młodych piersi radosny krzyk do życia. Ale nie ze wszystkich jednakowy.
Stary Marek zdawien dawna żyjący na swej gospodarce pod lasem, rąbie drzewo na podwórku i wzdycha. Ciężko wzdycha. Gdy z pól szerokich buchnie na niego wilgotny, ziemisty wiew rozkisłej gleby, gdy olbrzymia ławica lasu zahuczy gwarnym poszumem, innym niż zimowy, gdy z wysoka z pod nieba prawie, brzękną, cichuśkie gamy i treliki skowronka — Marek prostuje plecy. Westchnienie dziwnie lekkie, dziwnie radosne spływa z warg zwiędłych, lecz rozchylonych lubą błogością. Ramiona prężą się, by objąć miłośnie przestwór, by uchwycić biegnący prąd po ziemi, odczuty już, ale jeszcze głuchy.
Przeciwnie, gdy rozradowane oczy Marka spoczną na chacie swej i dojrzą w małej szybce blada wychudłą twarz młodzieńczą, plecy starego garbią się, wzrok mętnieje, piersi wydają z siebie wzdych brzemienny niedolą.
Syn umiera mu na suchoty.

Rąbanie lodu (fot. amat. K. Łuniewskiej z Korzkwi pod Ojcowem).

Odesłali go z wojska, zmiętego chorobą, jakby go wyssał głowonóg. Leży już trzeci miesiąc, kaszle jak z pustej kufy, chudnie i leci przez ręce.
Niema ratunku, ani nadziei.
Marek z wściekłością niemal szarpie siekierą brewiona, z żalem spogląda na kręcącą się w podwórzu córkę szesnastoletnią Kasie wesołą, rzeźką, pracowitą. Dziewczyna krząta się koło gospodarstwa i ciągle śpiewa.Śpiewa do pól rozmiekłych, do lasów ociekających wodą, śpiewa do skowronka i do chorego brata. Marek patrzy i myśli, że i Julek był taki sam, rozgadany, rozśpiewany, chłopak jak dąbczak młody, bujny a twardy w muskułach. A teraz cały dzień na pościeli siedzi, albo leży. czasem do okna się dowłóczy i patrzy,patrzy tęsknie,żałośnie na świat,co do życia rwie się,na ptaki,na starego ojca jeszcze pełnego sił i na rozbawiona siostrę.Julek w twarzy swej niema kropli krwi,ale w sercu ona kipi. Może wszystka doń spłynęla i miłuje i pragnie i gorącem swem trzyma jeszcze to mizerne ciało przy życiu.
Ostatnie pulsa biją żwawo żądne czynu, duch szarpie się, lecz jest skuty w żelazach strasznej choroby. Chłodne z niemocy członki, jak włókna wyciśniętego owocu kulą się z dreszczów, oblewają parnym potem, niezdrowym warem, są bezwładne, bolesne w swej martwocie. Tylko gorączka podnieca umysł, ostatni raz zapala źrenice pieknym ogniem duszy. Na policzkach kładzie ceglaste sztandary wypieków, tragiczne znamiona suchot.
Na przyźbie chaty młodsze dzieci baraszkują