Strona:Walter Scott - Rob-Roy.djvu/322

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.
— 316 —

do tych biednych żołnierzy, ci jak wiadomo muszą się obracać na lewo i na prawo, stosownie do rozkazu. — Biédny Rob! będzie miał dość pracy jak słońce zajdzie! — Chociaż to niby jako urzędnik niepowinienbym źle życzyć rządowi, ale tą razą chciałbym, żeby Rob tym jegomościom dobrze skórę wytrzepał.






ROZDZIAŁ  XXX.
Słuchaj mię, próżno oko twe gniéwem się żarzy;
Twa zuchwała nadzieja nigdy się nie zjiści.
Nie tryumfuj; przypatrz się bladości méj twarzy,
Czy jest znakiem bojaźni, czy też nienawiści.
Bonduca.

Resztę nocy przepędziliśmy, jak było można w tak nędznéj karczmie. — Burmistrz znużony podróżą i wypadkami, które po niéj nastąpiły, nie mając powodu lękać się skutków chwilowego przytrzymania, i będąc może obojętniejszym ode mnie na czystość gościnnéj pościeli, rzucił się na jedno z łóżek, o których wyżéj nadmieniłem, i wkrótce głośno chrapać począł, co do mnie, wolałem raczéj usiąść przy stole, i drzémać wsparty na łokciu. — Żołnierze przez całą noc byli w poruszeniu. Dowódzca oddziału wysyłał czaty jedne po drugich, niektóre, jak wniosłem z jego niespokojności, wracały z niepomyślnemi wieściami, inne nie wracały wcale. Nakoniec, gdy już świtać zaczęło, wpadł do izby kapral i dwóch żołnierzy ciągnąc za sobą w tryumfie górala, w którym natychmiast poznałem naszego przyjaciela, eks-stróża glasgowskiego więzienia. Poznał go również i burmistrz przebudzony nagłym hałasem, — i zawołał; — Boże zlituj się, wszak już porwali