Strona:Walery Eljasz-Radzikowski - Wspomnienie o schroniskach nad Morskiem Okiem.djvu/3

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    nocą do Morskiego Oka. Wyprawa ta z egzaltacyą niezmierną przez autorkę określona, daje wyobrażenie o ówczesnem podróżowaniu po Tatrach.
    Wtedy owe schronisko miało sionkę, przez którą wchodziło się do obszernej izby na prawo z dwoma otworami zamykanemi na okiennice; w tyle sieni była komora z ogniskiem. Z mebli znajdował się duży stół i dwie ławki. Powała zdaje się istniała, gdyż autorka mówi o strychu. Gdy kto chciał tu nocować, musiał sobie na podłodze nakłaść przywiezionej słomy, naciąć gałązek świerczyny lub kosodrzewiny i na nich szukać spoczynku.
    Ponieważ za pierwszej mej w Tatrach bytności roku 1861 wypadło mi nocować w tej samej szopie przy Morskiem Oku, przyszedłszy tu przez Zawrat, więc mogę opisać z własnego doświadczenia, jak się wtedy owe pierwotne schronisko przedstawiało. Powały nie było już żadnej, dachu dużo brakowało, naturalnie drzwi i okiennic nie dostawało, bo poszły na opał, nawet z częścią podłogi! Tak się to sprawiali goście w schronisku, że nawet dobrodziejstwa sobie świadczonego nie umieli uszanować! Na środku izby widać było na głazach przyrządzone ognisko.
    Wreszcie i ta reszta szałasu zgorzała w r. 1865 od pozostawionego w nim ognia przez studentów z Węgier przybyłych.
    I znowu odtąd, gdy komu przypadła noc nad Morskiem Okiem, to musiał obóz urządzać pod gołem niebem, a gdy przyszła słota, to przed deszczem uciekano do szałasów opodal stojących na Włosiennicy. W nich schronienie nie wiele było warte, bo dachy miały dziurawe i wśród tłumu ludności pasterskiej brakowało miejsca do spoczynku dla gości. Radzono sobie znów rozmaicie z noclegami, lecz dla taterników, podążających tam przez Zawrat, brak jakiegokolwiek schroniska nad brzegiem Morskiego Oka stal się dotkliwą uciążliwością. Corocznie po dziennikach i różnych pismach pojawiały się narzekania i żale na obojętność mieszkańców tej dzielnicy, którzy nie dbali wcale o ułatwianie gościom zwiedzania Tatr. Napierano na radę powiatową w Nowym Targu, iżby ona postarała się o jakieś schronienie w głębi Tatr. Były to jednak głosy wołających na puszczy.
    Dziedzice dóbr Zakopiańskich nie rozporządzali już wtedy