jącej oraz robotnikom. Niemcy roją się od takich domów, a ulice miast pewnie na skutek tego, roją się od gromad tęgich, rumianych, wesołych dzieciaków...
Praca skrzętna, zabiegliwa wszędzie wre, zamożność rzuca się w oczy... Ale wraz z nią wróciła dawna buta i tępota... Zniknęły uduchowione twarze cierpiących w czasie wojny i zaraz po wojnie Niemców... A kiedy znalazłem się w Westfalji, gdy pociąg nasz przebiegał mimo łyskających krwawą łuną wulkanów Kruppa, kiedym ujrzał ten nieustanny wysiłek jedną myślą opętanych miljonów i przypomniał sobie niedawną mowę Westarpa — ogarnęła mię groza. Czyż niezbędnie konieczny jest dla uczłowieczenia Niemców drugi Grunwald? I czyż ten Grunwald, jak za czasów Jagiełły, znowu spadnie na barki naszej Ojczyzny?!...
Los zdarzył, że 14-go bieżącego miesiąca, a więc w niedzielę wyborczą, znalazłem się w Berlinie. Rozumie się, że byłem niezmiernie ciekawy przebiegu głosowania. Zapowiadano gwałtowne starcia między socjalistami i hitlerowcami.
— „Może nawet będą... barykady!“ — mówiono tajemniczo w sobotę.