Przejdź do zawartości

Strona:Wacław Sieroszewski - Topiel.djvu/25

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

— To prawda! — ucieszył się gospodarz. — Jest tam jakaś książczyna, leży na oknie... Tylko, że my oboje niepiśmienni... a i druk jakiś obcy, katolicki, powiadają, co ją oglądali... Więc tak leży bez użytku. Nawet się dobrze stało, żeśmy wspomnieli, może wy przeczytacie, „panie“ Wojciechu!... Borja, skocz do łaźni, przynieś książeczkę!...
Borja zaraz wyszedł, a za nim wymknął się i Tadzio.
— Głównie niewiadomo, co z nim zrobić, jak wydobrzeje!... Bo z niego mi nic!... Niemocny on do gospodarstwa, a dzieci do nauki już za duże — rozwodził się Wołkow.
— I z tej nauki też korzyść niewielka... Tylko w głowie ludziom przewraca... Przecież nie za co innego, tylko z powodu z tej nauki pędzą ich tutaj tłumy całe... W każdej nieledwie wsi, dziesięciu, dwudziestu... Darmozjady, gmina ich żywić musi!... A kto płaci za to — my!... I drożyzna też przez nich!... A u was dużo ich w mieście? — zwróciła się Wołkowa do pani Wojciechowej.
Ta milczała, zapatrzona w okno smutnemi oczami; wyręczył ją mąż.
— Jest ich pewnie z piętnastu, ale my mało z nimi się spotykamy... Same socjalisty... Piją też i pieniędzy pożyczają!... Kompanja nietęga!...
— Ten mój, nie mogę się skarżyć, cichy był i kropli do ust nie brał, ale cóż, kiedy niemocny... Pewnie jaki student. Oto jego książka! — dodał Wołkow, biorąc mały, wyszarzany zeszycik z rąk Borji i podając go gościowi.