Strona:Wacław Sieroszewski - Risztau, Pustelnia w górach - Czukcze.djvu/196

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


zrzucali futra i rozsiedli się na ławach. Buza raz wraz śmiechem wybuchał, Łopatka cicho się rzechotał, a Kituwja biegał bystrym spojrzeniem z przedmiotu na przedmiot. Wreszcie i w jego twarzy coś błysnęło, wydał stłumiony okrzyk i wskazał duży kamień, zamiast ciężaru przywiązany do suszących się żył. Obecni skupili się koło tego kamienia, trącali go, próbowali podnieść wyprostowaną ręką, ale mógł to zrobić tylko Kituwja.
Gdy Stefan podszedł i uczynił tosamo, twarz wojownika rozjaśniła się przyjaźnie; powiedział mu „brat“ i ręką z niechcenia przeciągnął po jego ramionach i plecach.
— Chwali pana... pyta, dla czego nie widuje go nigdy w kole ludzi, koło szynku?
— Powiedz mu, że nie mam czasu, jestem zajęty.
W miarę, jak Buza tłumaczył dzikiemu, twarz jego przybierała wyraz wzgardliwie kamienny.
— Nie wierzy, że pan jest kowalem... i że pomimo to sam naczelnik okręgu pana szanuje... Zupełnie głupi dziki... U nich kto wojownik, to tylko pije i bije się, a resztę uważa za nieszlachetność...
Goście zjedli i wypili sumiennie, co im dano. Na pożegnanie Łopatka powtórzył nieskończoną liczbę razy słowo: „brat, brat“. Gdy wyszli, został po nich przykry zapach źle wyprawnych skór reniferowych i reniferowego zjełczałego tłuszczu.
— Pójdzie o panu teraz sława pośród Czukczów... Nie będzie pan miał spokoju... — mówił