Strona:Wacław Sieroszewski - Risztau, Pustelnia w górach - Czukcze.djvu/194

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wiem jeszcze, co przedsięweźmiemy; myśleć nawet o tym nie próbuję, ale czuję, że coś będzie...
— Co ma być?... nic nie będzie. Nawet wódki nie będzie, bo ją wypiją.
— Obrzydliwy pesymisto, wszystko mi zawsze zatrujesz! — krzyknął Józef już w sionce i drzwi za sobą zatrzasnął.
Stefan długo stał pośrodku izby i wsłuchiwał się w jego kroki raźne i szybkie. Uśmiechał się, gdyż lubił, aby mu wymyślano od „pesymistów“.
W parę dni potym, gdy, zajęty robotą, siedział przy stole, plecami do drzwi zwrócony, dał się słyszeć z zewnątrz jakiś dziwaczny gwar, tupot i ktoś nieumiejętnie pociągnął za rzemień, służący za klamkę.
Stefan ciekawie głowę odwrócił; jednocześnie z za drzwi wychyliła się twarz płaska i bronzowa.
— Wejdź już, wejdź!... chatę całkiem wystudzisz... — krzyczał ktoś z głębi sionki.
Stefan poznał głos Buzy.
— Wejdźcie, proszę bardzo.
— Żadnej ogłady! Prawdziwi Czukcze... Ten bo ochrzczony... nazywa się Łopatka, trochę pijak, trochę złodziej, ale dobry chłopak, a ten... tego niech pan nie rusza, to Kituwja... Tego ruszać nie trzeba.
Dzicy stali spokojnie na środku pokoju i rozglądali się ciekawie, ale bez cienia zmieszania. Futrzana odzież, wdziana szerścią nazewnątrz, wisiała na nich ciężko i niezgrabnie. Wydali się Stefanowi bardzo do siebie podobni. Ale Kituwja miał płeć ciemniejszą, a w nieruchomej jego twarzy, we wznie-