Przejdź do zawartości

Strona:Wacław Sieroszewski - Nowele (1914).djvu/39

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.

Szli obok siebie chwil kilka, bladzi od gniewu, nie patrząc na siebie. Wreszcie Karski opamiętał się, stanął przed towarzyszem i ręce mu na ramionach położył.
— Kłócimy się... a przecież... przecież za chwil kilka rozstaniemy się... może na wieki!...
Łzy zamgliły źrenice obu.
— Widzisz, gdybym tak jak ty rozumował, nigdybym stąd... nie wyjechał!... — szepnął Karski. — Czasem masz rację, a czasem jej nie masz... Pewność siebie jest wielką zaletą, ale... niezawsze można walić obuchem... Cierpię, Leonie, nie uwierzysz, jak cierpię! — dodał ciszej — gdyż pojmuję, że początek takich rozumowań, to początek słabości, ale pomyśl, coby się stało, gdyby teraz wybuchła tutaj... awantura. Przypisanoby ją nam. Zatrzymanoby mię, a dla mnie zostać tu, znaczy tosamo, co skazać na śmierć... moją żonę. W dodatku, myślę, że byłaby to zupełnie bezużyteczna ofiara. Niktby w tym wypadku nie wygrał. Nawet ty, pewny jestem, nie tak przecie pojmujesz poprawę tych stosunków! Więc po co?...
— Dosyć, już dosyć!... Nigdy nie wybrniemy z tego labiryntu!... — przerwał Leon z resztką niechęci. — Skuci ludzie zawsze się szarpią za swe łańcuchy.
Spojrzeli sobie w oczy i uścisnęli się długo i mocno.