Gdybym tam się znalazł, łatwoby mię spytali: a ty tu poco? a gdzie pasport?... Poco narażać się na nieodpowiednie pytania?... Powiedzą zaraz: burzyciel! A i to prawda, że jestem bitny i krewki... Gadać długo nie lubię! Raz, dwa, trzy... potym w zęby i dalej, jak się należy... Muszę się więc wystrzegać wszelkiego wzruszenia!...
Na drodze dopadł ich Leon, który biegł pośpiesznie od strony miasta.
— Dzięki Bogu; jeszczeście nie odjechali! Spóźniłem się... Wczoraj wieczorem przyjechał Makary i całą noc przedyskutowaliśmy. Makary też chciał przyjść pożegnać się z tobą, ale usnął tak twardo, że go się dobudzić w żaden sposób nie mogłem... Wiesz co, Karski, zazdroszczę ci, że wracasz właśnie teraz do Europy, w taką ciekawą, przełomową chwilę... Ale dokąd tak pędzisz na brzegu?
— Awantura! Pytanie jeszcze, czy pojadę... Zdaje się, że zmowa... — odrzekł sucho Karski.
— Zmowa?... Tutaj zmo-wa-a, strejk?... — przeciągnął zachwycony Leon. — Co ty mówisz? Gdzie? Niepodobna!... Strejk!...
Karski wskazał palcem na szopę.
Gdy weszli, gwar przycichł. Strażnik wyprostował się, Damjan opuścił wyciągniętą ku nieprzyjaciołom rękę. Robotników było dużo, znacznie więcej, niż ich najął Damjan. Widocznie zebrali się na widowisko, a po części dla dodania towarzyszom odwagi. Stali w głębi wzdłuż ścian, malowniczo oparci o siebie, i co chwila wybuchali drwinami, śmiechem, robili głośno uwagi. Na przedzie kupili się oryle Damjana.
Strona:Wacław Sieroszewski - Nowele (1914).djvu/32
Wygląd
Ta strona została skorygowana.