z miejsca na miejsce. Od czasu do czasu prostował się, poprawiał łachmany na piersiach i spoglądał przeciągle na brzeg w stronę starej, przewróconej do góry dnem, na budynek przerobionej barki, z oknami przebitemi w bokach i rurą żelaznego kominka pośrodku. Stamtąd, to wzmagając się, to cichnąc, dolatywał nieustannie gwar głuchy, wielogłosy, swarliwy. Dwaj „wodni strażnicy“, z żółtemi blachami na piersiach i krzywemi szablami w czarnych pochwach u boku, krążyli dyskretnie w pobliżu.
— Na co czekamy? Gdzie gospodarz?! Gdzie robotnicy?! — krzyknął Karski do kucharza.
— Nie wiem. Chyba... chyba, mniemać można, że są... tam! — odpowiedział, kiwając w stronę budynku.
Karski zaczął się przysłuchiwać lecącym z tej strony odgłosom. Nawet jeden z kupców wysunął okazałą twarz z za płachty i spojrzał ciekawie.
— A co tam?
W tej właśnie chwili drzwi budynku otwarły się, wyskoczył z nich Damjan, kiwnął na strażnika, coś mu szepnął, i obaj znikli napowrót w szopie.
Karski zszedł na brzeg i podążył w tym kierunku. Spirydjon biegł za nim o jakie pół kroku.
— Bo to, widzi pan, co się komu należy, to się należy!... — mruczał, ciężko dysząc. — Byłbym i ja dawno z niemi, lecz... moja rzecz, kucharska rzecz... ogniowa. Zatym stoję na warudze. Brodzić po wodzie nie będę, więc mi ani brodnie, ani onucze nie są do tego stopnia potrzebne.... Mogę i tak, jak jestem... Więc nie mam nieodwołalnego powodu.
Strona:Wacław Sieroszewski - Nowele (1914).djvu/31
Wygląd
Ta strona została skorygowana.