regi statków, przeglądały się zalotnie w potężnym zwierciedle mknącej mimo nich wody. Jarmark w zatoce jeszcze się nie ocknął. Większość barek spała cicho, szczelnie zamknięta. Nieliczne postacie ludzi rysowały się ostro w rannym, niezbrukanym kurzawą powietrzu. Przeciągali leniwie zdrętwiałe we śnie członki, prali bieliznę, myli twarze, palili fajki lub pili herbatę, siedząc u ogni, których siwe dymy cieniutkiemi strugami płynęły ku błękitom.
Na uboczu, u wylotu zatoki, oddzielnie od niedawnych towarzyszek, pokryta półkolistą budą żaglową, z masztem wzniesionym pionowo, opięta, osmolona, ogładzona, podwiązana stała duża łódź, gotowa do drogi. Nurt trącał o nią i biegł dalej z pomrukiem, jakby wabił ją z sobą, a ona drżała wciąż, kołysała się z lekka od tej pieszczoty i napinała dzierżące ją cumy, starając się nawrócić ku niemu.
Podróżni już dawno siedzieli na miejscach. W środkowej części, za płóciennemi zasłonami kupcy gadali głośno i dzwonili butelkami. W tyle umieściła się pani Karska ze śpiącym Olesiem na kolanach i wylękłemi oczami patrzała na męża. Ten, chmurny, stał na wślednim pomoście i nie spuszczał oczu z przodu łodzi, gdzie podniesione do góry żaglowe obszycie pozwalało dojrzeć pustą zupełnie, zawaloną worami komorę. Mieli tam sypiać robotnicy. Ale dotychczas śladu ich tam nie było. Jedynie mały, marny, podobny do gnoma kucharz Spirydjon kręcił się na samym dziobie łodzi, koło wyłożonego cegłami ogniska, i przestawiał niespokojnie naczynia
Strona:Wacław Sieroszewski - Nowele (1914).djvu/30
Wygląd
Ta strona została skorygowana.