Przejdź do zawartości

Strona:Wacław Sieroszewski - Nowele (1914).djvu/249

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.

skoczył, a potym znikł — opowiadała prostodusznie kucharka.
— Był, był!.. Co noc chodzą!.. — potwierdzali chłopi.
— Biegł polem!... Sam widziałem!... — dodał zdyszanym głosem Zdrowy Rozsądek, który się nagle wśród zebranych pojawił.
— Toś pan go ścigał?... — spytał wójt.
— A jakże!..
— A gdyby on tak pana nożem!... Samemu puszczać się w sprawy takie nie należy!.. Lud tutejszy — zbrodniczy lud... — pouczał Mostowskiego chłop-sąsiad.
— Nic mi nie zrobił!.. Uciekał jak zając!.. — zwykłym już głosem objaśniał Zdrowy Rozsądek. Wójt kiwał głową i zerkał nieznacznie na jego obsypane popiołem obuwie.
— A którędy to pan biegł?...
— A tędy za nim!..
Piotr Inokientjewicz mocniej jeszcze głową pokręcił i spojrzał niespokojnie na śmiejącą się żonę.
Wieczór cały upłynął na ożywionych opowiadaniach o złodziejach, zbójach i krwawych tutejszych i nietutejszych przygodach.
Gadał prawie wyłącznie Zdrowy Rozsądek, gdyż wójt, choć pił wódkę, mówił mało i stawał się nawet coraz pochmurniejszy.
— A jakże tam stoi z młynem?... — spytał nagle Mostowskiego. — Czas już myślę wam kończyć.
— Jutro puszczę młyn, ale muszę mieć papier... według umowy — odparł ten.