Przejdź do zawartości

Strona:Wacław Sieroszewski - Nowele (1914).djvu/248

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.

dzeniem. Wtym rozległ się na dworze przeraźliwy krzyk, a potym hałas jakiś na ulicy, szczekanie psów i gonitwa...
— Nowa kradzież!.. Do licha! — szepnął Mostowski, wychodząc na ganek. W ciemnościach na podwórku tłukły się jakieś figury z drągami i zapalonym łuczywem w ręku i piskliwy głos kobiecy coś opowiadał i wołał:
— Ratunku!.. Złodzieje!.. Łapaj!
Jednocześnie gwałtownie dobijano się do bramy. Ale wszyscy tak byli zajęci gwarliwą rozmową i oglądaniem jakichś śladów za węgłem domu, że nikt na to nie zwracał uwagi i do bramy nie śpieszył. Dopiero Mostowski, poznawszy głos wójta, odrzucił wrzeciądze. Wjechał wóz i natychmiast go obstąpili ucichli na chwilę domownicy i sąsiedzi, opowiadając jeden przez drugiego o niesłychanie śmiałej napaści na dom samego wójta, o ponawiających się wciąż kradzieżach.
— Noce ciemne, bezksiężycowe — rzecz zwykła!... Ale żeby u mnie... Tego jeszcze nie bywało!... — oburzał się wójt.
Poszedł zaraz obejrzeć ślady, a wróciwszy, rozpytywał znowu szczegółowo jak było:
— Wychodzę, jak się patrzy, wyrzucić popiół... Pani kazała... A wtym wypada z za węgła wielki, czarny jak leśny bóg, skoczy do mnie, łap mnie wpół i przegina... Zaraz zrozumiałam, że złodziej, przelękłam się strasznie, serce skoczyło mi do gardła, ale mogłam jeszcze krzyknąć... Puścił mię i od-