Przejdź do zawartości

Strona:Wacław Sieroszewski - Nowele (1914).djvu/246

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.

się, zwabieni wrzawą i niezwykłym ruchem i samą obecnością swą uśmierzyli rozgorzałe namiętności. Chłopi zwrócili się ku nim ze swemi skargami i żalami, a wysłuchani z oznakami współczucia i ugłaskani obietnicami rozeszli się.
Ostatni odszedł okradziony chłop, ów Mateusz, czarny i krępy, jak opalony pień leśny. W bramie odwrócił się jeszcze i pogroził kołem Jakutom, którzy drwiąco kiwali mu z oddala głowami.
Mostowski robił swym cieślom surowe wymówki. Długo milczeli, szparko strugając i wygładzając zgodnie z rysunkiem wstawione już na miejsce zęby; wreszcie starszy odpowiedział mu z westchnieniem:
— Eh, panie!... Ty nie wiesz i wiedzieć nie możesz, jaką krzywdę od nich cierpimy, ile udręki, ile to naszego bydła i dobytku do nich rokrocznie przechodzi... Ile oni w noce ciemne uprowadzają naszych krów i tłustych kobył... A sprawiedliwości na nich nie doprosisz się, niema!... Panowie z miasta zawsze ich stronę trzymają. I nigdy nic się nie wykrywa!...
— Choćbyś go za rękę ujął, wyprze się własnej ręki, a panowie mu przytwierdzą, pokryją go... — podtrzymał go drugi.
— Wiadomo, jednej są kości, jednego pochodzenia... A my co: — czarni Jakuci.
— Tyle tylko naszego odwetu, co ukradniemy sami!
— Po prawdzie, to swoje jeno odbieramy..
Gadali jeden przez drugiego.
Miał więc Mostowski nowe zmartwienie i z niecierpliwością czekał na powrót wójta.