Przejdź do zawartości

Strona:Wacław Sieroszewski - Nowele (1914).djvu/244

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.

kiem i wymyślaniem skierowała ku otwartym drzwiom młyna.
— Gdzie oni są?...
— Tutaj!...
— Nikt inny!... Widzieli ich!...
— Szpiegują, włóczą się wieczorami, a potym kradną...
— Wychodźcie zaraz, mordy sobacze!
Krzyczeli i wymachiwali pięściami w kierunku pracujących spokojnie Jakutów.
— Co się stało? — spytał Mostowski, stając między niemi.
— Co się miało stać?!... Ukradli krowę, znowu ukradli!... Co noc coś!... Złodziejskie plemię!... Oni inaczej do Boga się nie modlą, jak na kradzionej skórze!...
— Patrzcie ich!... Wyście uczciwcy!...
— A u kogo to w przeszłym roku znaleziono łeb i kiszki mego wołu, nie u ciebie może, Mateuszu?... — odgryzali się Jakuci.
— Co tam z niemi gadać!... Za wielki honor!... Wal ich w łeb, dzikusów!...
— A jakże, tak oni wam pozwolą!... Dla was łby chowają!... Ręce za krótkie, he!...
— Wynoście się ze wsi!... Żeby noga wasza tu nie postała!...
— Powietrzaście nie kupili, a ziemia dla wszystkich otwarta. My też płacimy podatki!...
— Musicie płacić, poto tylko duszę wam oszczędzono!... Ale my tu panowie, nie wy!... Wyście ją, tę ziemię waszą, sprzedali za baryłkę wódki!... Może