glinianą podłogę szopy, bierwioniaste, pocięte gdzieniegdzie szczelinami ściany i drzwi, przez których szpary sączyło się złote światło. Ocknął się i obrócił za siebie. W ciemnościach, tuż za jego plecami, szczerzyło żółtawe zęby wielkie koło modrzewiowe, dalej przez otwór w ścianie widział gruby cedrowy tram, uchodzący w błękitnawy podcień wielkiej, na licznych krokwiach opartej tarczy deptaka.
Przypomniał sobie wszystko i rozśmiał się.
— Co on tu naplątał, nagadał, nablagował?... Dziwak! Na co on liczył?! Byłem na prawie, ty powinieneś zrobić jako inżynjer!... — powtórzył wczorajsze wyrażenie Wołgina. — Co go to obchodzi!... Byle dzień przeżyć, byle nie myśleć, nie rozważać, nie truć się!... Ha, może to i lepiej!... Cóż, kiedy nie mogę... Trzeba jednak zobaczyć, co tam jest w tym młynie; może istotnie jakie głupstwo?...
Więc znowu niezmiernie uważnie zlustrował wszelkie szczegóły, lecz nigdzie najmniejszego nie dostrzegł feleru. Koła, zęby, tryby, młyńskie kamienie, czopy i gniazda osi — wszystko oddzielnie było ładnie obrobione i dopasowane... Wszedł na deptak i schwyciwszy się rękami za poprzeczne przęsło, odepchnął go silnie wtył nogami, — schodnica z wielkim skrzypem poruszyła się i popłynęła pod nim; zaturkotały, zajęczały tryby, zaszemrały za ścianą żarna, ale trwało to krótko. Maszyna nagle z głuchym trzaskiem zacięła się i wszystko stanęło, umilkło... Nadaremnie wysilał się, aby deptak pchnąć dalej, opierał mu się ze złowrogim trzeszczeniem. Wrócił więc znowu do młyna i znowu
Strona:Wacław Sieroszewski - Nowele (1914).djvu/237
Wygląd
Ta strona została skorygowana.