mam pojęcia o młynach... a byłem w instytucie górniczym...
— To wszystko jedno!... Zresztą zobaczymy jutro, co tam trzeba!... Może tam nic nie trzeba prócz małego inteligientnego „szamaństwa!...“ Co się zawczasu martwić!... Bieda i śpiewać uczy!... — mruczał Zdrowy Rozsądek, szykując sobie posłanie z przyniesionych im przez wójtową koców i skór.
Młyn był istotnie w porządku; miał wszystko, co porządnemu młynowi mieć należy: wielki, pochyły deptak pod szopą, na którym jako siła poruszająca chodziły konie albo woły, koła wielkie i małe, oraz tryby i dwa nowiutkie kamienie młyńskie, umieszczone w również nowym budynku... Mimo to nie chodził. — Oglądał go wielekroć i bardzo uważnie Mostowski, ale przyczyny wyrozumieć nie mógł. Zdrowy Rozsądek z wójtem zjawili się również i również robili różne na ten temat przypuszczenia. Ale przeplatali swoje roztrząsania taką ilością uwag, anegdotek i spraw z zupełnie innej dziedziny, że przeszkadzali jeno skupić się Mostowskiemu, więc ich rychło wyprosił. Został sam w zakurzonej, ciemnej szopie i usiadł na stopniu prowadzących ku żarnom schodków.
Nigdy nie przypuszczał, że rzeczy wezmą taki obrót. Marzył nareszcie o jawnej, o prawnej, ciężkiej ale dostojnej walce o należne mu prawa, marzył