Przejdź do zawartości

Strona:Wacław Sieroszewski - Nowele (1914).djvu/145

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.

nych, niezmiernie ciemnych oraz pełnych zaduchu herbacianego.
W jednym ze sklepów z porcelaną spotkałem się ze swemi japońskiemi towarzyszami podróży. Dążyli gdzieś za miasto pod parasolami, gdyż deszcz zaczął kropić. Przyłączyłem się do nich, zaciekawiony ich tajemniczemi minami. Deszcz zamienił się wkrótce w ulewę, brnęliśmy mimo to wytrwale, omijając potoki błotnistej wody, płynące po stokach ulic. Wreszcie wydostaliśmy się nad jakąś rzeczkę bezludną, leniwie sunącą ku Jang-tse, wśród starych śmietnisk na zadworkach ogrodów. Długo staliśmy nad mętnemi wodami i patrzyliśmy w zadeszczoną dal. Japończycy cały czas zachowali do śmieszności poważny wyraz twarzy. Obserwowałem ich ze wzrastającym zaciekawieniem, pewny, że spełniają jakiś religijny obrządek. Wróciliśmy, nie wyrzekszy słowa, z taką samą powagą, skacząc gęsiego z kamienia na kamień wśród powodzi wody i błota.
Dopiero przy obiedzie, w wesołej pogawędce, nie zatruwanej już obecnością konsula, dowiedziałem się, co oznaczała owa wyprawa na przedmieście Kiu-kianiu.
— Tam mieszkał słynny poeta chiński Haky-laky-teu. Dom jego przed wiekami stał właśnie na tym miejscu, gdzieśmy się zatrzymali...
— Chiny są macierzą naszej kultury. Cały Wschód szanuje je i miłuje, jak wy wasze Włochy i Grecję! — pouczał mię poeta. — To nic nie znaczy, żeśmy wydali im wojnę i walczyli z niemi niedaw-