na pocztówce warszawskiej, jaką przypadkiem miałem, i wzamian otrzymałem japońską pocztówkę z krótkim wierszykiem:
Naruno kono juva kebi
nagare tokiszi areba
tsu tsumi,
Kurusanaki
nakara meja.
Pan T. przetłumaczył mi go dosłownie po angielsku.
Cicha jest woda wiosenna,
Łodzią zaledwie kołysze.
Lecz wiatr burzliwy jesieni
I cichą wodę odmieni,
Rzuci na brzegów komysze...
Rzeka zwęża się; góry zbliżają się do samego brzegu; miejscami cyple ich wrzynają się w rzekę, która wije się wężowo. Na górach widzę starą twierdzę Liang-szang, panującą nad poblizkim korytem rzeki.
Około południa jesteśmy w mieście U-chu, gdzie mieszka dużo Europejczyków. Wśród budowli settlementu rzuca mi się w oczy wielki szpital ze sztandarem Czerwonego Krzyża na dachu.
Pijany konsul wytrzeźwiał i zszedł tutaj na brzeg, ale niezadługo wrócił. Obecność jego cięży niezmiernie przykro na całym towarzystwie. Przy lunchu i obiedzie zwykle milczymy z obawy jakiejś awantury.
Na szczęście miły młodzieniec wysiada w Kiu-Kianiu.