brudnych szyneczków ostatniego rzędu. Na rzece moc łodzi, cały ich tłum leży wyciągnięty na piasku, a u sąsiedniego przylądka w małej wnęce pobrzeża las masztów — tam przystają dżonki. Właściwe miasto szarzeje opodal, zamknięte, niby w pudle, w czworoboku wysokich, zębatych murów, z poza których sterczą jeno łuszczate szczyty pagód i grzbiety wynioślejszych dachów, świątyń i pałaców, upiększone figurkami zwierząt i smoków. Słynnej pagody porcelanowej, wysokiej na 200 stóp, zburzonej w czasie powstania tajpingów, w roku 1852, cudu kunsztu garncarskiego, nie odbudowano, gdyż nie stało, jak mi mówiono, wśród spółczesnych ceramików chińskich zdolnych do tego majstrów i inżynjerów. W murach miasta, zwróconych do przystani, widać jedną, jedyną bramę, a nad nią potężną piętrową wieżę. Wielkie, okute żelazem podwoje jeszcze szczelnie zamknięte, co nadaje ogromnemu miastu, pogrążonemu w śnie i bezruchu, jakiś dziwny, fantastyczny, bajeczny wygląd. Obrzeża różowego blasku na gzymsach, kantach i na rogach liljowych od mgły i oddalenia budynków, złocenia szczytów, rozpłomieniające się tu i owdzie w promieniach zorzy, kamienna moc wyniosłych a rozlewnych jak chmura murów, — potęgują czarowność wrażenia. Nie mogę po prostu uwierzyć, że w tym kamiennym gnieździe kryje się z górą pół miljona ludzkich istot, że oto, za chwilę, z błyskiem pierwszych promieni słońca, zagrzmią na wieżach miedziane trąby straży, rój ten rozbudzi się, ożyje, poruszy, rozśpiewa wraz, jak stado ptaków, jak rzesza
Strona:Wacław Sieroszewski - Nowele (1914).djvu/136
Wygląd