Nie słyszałem, co odpowiedział, gdyż nadbiegł T. i pociągnął mnie do ratowników.
— Chodźmy, może choć parę sztuk zepchniemy!... Jeżeli nie zajęły się jeszcze deski pokładu — wszystko głupstwo!... Mam nadzieję, że nie zajęły się, bo obficie polewali wodą... Wciąż leją, widzi pan?...
Trudno było zwalać ciężkie, mocno sprasowane bele do rzeki, gdyż trzeba je było przedtym przetaczać przez wysoką burtę. Nadomiar były one tak gorące, że parzyły dłonie. Udało się jednak stopniowo tak rozluźnić i rozczłonkować ich piramidę, że otworzył się dostęp do drewnianego pokładu dla strumieni wody, wciąż wyrzucanej z sikawek.
— Banzaj!... — krzyknęli Japończycy, wychodząc z dymu czarni, unurzani, ale jacyś rzeźcy i dumni.
Opowiadali coś szybko p. T., który mi tłumaczył, że główne niebezpieczeństwo minęło, że można teraz wziąć się do powolniejszego, systematyczniejszego ratunku.
— Nawet część bawełny da się ocalić.
Wciąż jeszcze płynęły gwałtownie obfite kłęby dymu, ale utracił on już był swą złowrogą żółtość, stał się, jak w początkach, białym, podobnym do waty. Pomęczeni ludzie już nie rzucali się, jak wściekli, lecz, podzieleni na partje, zmieniali się kolejno. Paki bawełny rozrzucano, rozdzielano, niektóre wytaczano za burtę, inne suto polewano wodą w otwór, zrobiony pośrodku... Płonąca wata syczała, jak żywa, i pęczniała, jak ciasto... Po godzinie takiej pracy już tylko tu i owdzie sunął się dymek z bawełnianego rumowiska. Chińscy posługacze z wia-
Strona:Wacław Sieroszewski - Nowele (1914).djvu/134
Wygląd
Ta strona została skorygowana.