Istotnie, w tejże prawie chwili ujrzałem tęgą postać Niemca w końcu okrętowej galerji.
Odszedłem niebawem w stronę przeciwną.
Rzeka szara. Wały ochronne zakrywają horyzont równemi, zielonemi smugami. Miejscami jest ich kilka rzędów. Wędrują po nich, jak po drogach, sznury drobnych postaci, przeważnie niebieskich lub czarnych, niosąc kosze, ciągnąc wózki. W dali blade pasma gór. Niebo siwemi zawełnione chmurami. Po rzece suną łodzie i dżonki, biegną parowce, jak wczoraj. U brzegów gęsto czatują na bambusowych pajęczakach rybacy.
Na statku dzwonią na lunch.
Wesołe panie nie przyszły do stołu. Markotny konsul pije samotnie swe piwo. Twarze Japończyków rozchmurzyły się, spoglądają ciekawie na mnie, ale nie pytają o nic, nawet wogóle nie odzywają się. Połowa śniadania przechodzi w milczeniu. Wtym pod koniec rozlega się na pokładzie nad naszemi głowami dziwny hałas, potym alarmowe gwizdanie, łopot i głośne szybkie rozkazy.
Kapitan rzuca serwetę i wychodzi pośpiesznie, za nim biegniemy wszyscy w nieładzie. Ostatni gramoli się po schodach Niemiec.
Na tyłach statku cicho, spokojnie, jak zwykle; czyściuchna, świeżo wymyta podłoga podsycha równomiernie, mosiężne okucia lśnią jak złote, białe ściany budek jakby wczoraj malowane; brezentowy dach nad galerją rzuca na wszystko łagodny żółtawy cień. Ale od przodu statku zalatuje jakiś przykry zapach zgorzeliny; słychać tam wzburzone głosy i wi-
Strona:Wacław Sieroszewski - Nowele (1914).djvu/129
Wygląd
Ta strona została skorygowana.