Przejdź do zawartości

Strona:Wacław Sieroszewski - Nowele (1914).djvu/122

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.

Nie tracimy jednak dobrego humoru i gwiżdżemy wspaniale, ryczymy syreną jak stado morsów, prując tajemnicze odmęty Jang-tse... I coraz to nowi podróżni suną ku nam od mglistych brzegów na niezgrabnych, wątłych stateczkach.
Góry, góry; po obu brzegach góry...
Różowe, liljowe, sine i błękitne... Na niektórych białe miasta, rozsypane na stokach i szczytach, niby sznury i djademy pereł... Czasem pagoda wysoko strzela w jasnym powietrzu i lśni w słońcu piętrami zadartych dachów. Pobrzeże zarastają nieprzejrzane szuwary kolosalnie wysokiej trzciny... Zdala nie mogę rozeznać: czy to bambus, czy zwykły oczeret. Widzę tylko, że w tych lasach nawodnych przerąbane są długie ulice, z których coraz to wypływają łodzie rybackie i przyłączają się do szeregu innych, tkwiących na kotwicach wśród ciemnych nurtów. Rybacy półnadzy, albo w niebieskich nankinowych koszulach, w parasolowatych kapeluszach, łapią ryby „na podrywkę“. Widziałem także łódkę z dziesiątkiem oswojonych kormoranów. Ptaki miały założone na szyjach pierścienie, niedopuszczające łykania schwytanej ryby. Co chwila zanurzały się i wypływały dość często z trzepoczącą się w dziobie zdobyczą. Za ptakami płynął z prądem rybak z długim, zakończonym kluką bambusem w ręku, którym ptaki zaczepiał, przygarniał do siebie i odbierał im połów. Niektóre same płynęły z rybą w dziobie do łodzi.
Niebo rozpogodziło się ostatecznie. Wspaniała rzeka lśni złotem, tu i owdzie przyćmiona „posiewką“