porosłego gęsto łoziną, a dalej gajami drzew, widzę niezliczone wsie, miasta, miasteczka... Widzę wzdłuż brzegów znaki żeglarskie, a na wodzie czerwone pławce, ostrzegające marynarzy przed mieliznami.
Zatrzymujemy się w miejscowości Ton-czau, aby przyjąć ładunek bawełny. Prasowane jej paki składają wprost na plichcie górnego pokładu i nakrywają brezentem...
Brzegi zbliżyły się na tyle, że już i gołym okiem rozróżniam pola uprawne, budowle i drzewa... Drzew dużo, tworzą całe gaje, ale lasów niema nigdzie. Góry podchodzą coraz bliżej do rzeki. Na szczycie jednej z nich widać wybornie wielki żółty dom strażniczy, a w dole miasto. To Cza-ing. Na rzece mnóstwo łodzi i dżonek z białemi płóciennemi i czerwonemi bambusowemi żaglami. Są i niebieskie z nankinu i nawet czarne...
Nasz parowiec często zwalnia biegu na dany z łodzi znak: podpływają Chińczycy i drapią się po linach i drągach na górę. Są to nowi podróżni.
— Nie boicie się piratów?
— Zdarza się... — odpowiada oficer. — Ale pilnujemy się!
Kiwa z uśmiechem głową w stronę kurytarzyka, gdzie stoją na stojakach rzędami karabiny magazynowe i leżą nabite rewolwery.
Nie wydają się mi te środki dość pewnemi wobec tego, że cała załoga składa się z Chińczyków, a oficerów i podróżnych japońskich, oraz nas, Europejczyków, zebrał się na statku zaledwie dziesiątek, wliczając w to... damy.
Strona:Wacław Sieroszewski - Nowele (1914).djvu/121
Wygląd
Ta strona została skorygowana.