Przejdź do zawartości

Strona:Wacław Sieroszewski - Latorośle.djvu/62

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

miał być już wkrótce, lada chwila mógł nadejść ojciec.
 — Niech sobie mama z nim pogada, ale to napróżno; nigdy on nie pokocha mię na zawsze... — rozmyślał malec, biegnąc po alei.

 W grabowej altance dostrzegł przez gałęzie czerwoną suknię pani Vauban i niebieską Heli. Mieczyś też tam być musiał. Po lekcyach nie widział go jeszcze; chciał zobaczyć, co robi i postanowił nastraszyć. Włożył więc na głowę blaszaną polewaczkę ogrodnika i skradał się ostrożnie wśród zarośli. Już gotów był z groźnem mruczeniem wypaść z ukrycia, gdy spostrzegł coś, co mu »zamroziło« krew w żyłach«. Kępkę trawy, zupełnie podobną do wysepki, otaczało całe morze