Przejdź do zawartości

Strona:Wacław Sieroszewski - Latorośle.djvu/49

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

skowych psów, gęganie gęsi, powracających do domów. Zwolna głosy te milkły, ptaki przestawały świegotać, ciemne niebo pokryło ogród senny i cichy. Wśród gęstwiny słabo lśnił staw, odzywając się chórem żabim.
 Chłopiec ostrożnie wypełzł z ukrycia na dróżkę i począł przekradać się w stronę dworu. W grabowej alei ujrzał cienie przechadzających się, więc ukrył się za gruby pień lipy. Dwie postacie przeszły obok niego.
 — Czy pan uważał jakiś szelest? — mówiła pani Vauban po polsku.
 — Nie, to jest żaden szelest, to jest wiatr! — odpowiedział Herr Niedeman.

 — Aha! Więc to tak! Rozma-