Przejdź do zawartości

Strona:Wacław Sieroszewski - Latorośle.djvu/42

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

ty, powygryzały głębokie szramy i dzioby w polerowanych bokach. Bystre oczy chłopców z trudnością odnalazły wśród tych zmarszczek jeden tylko niewyraźny napis: Rózia i Marek.
 — Gdyby to był »Konrad«, toby mógł być »Wallenrod« — mówił raz Piotruś — ale tak... Znam tylko jednego porządnego Marka... Sobieskiego, lecz mu pod Batowem ucięli głowę, więc był kawalerem.
 — Czy przypuszczasz, że się oni kochali! — spytał Mieczyś.

 — Napewno. Wtedy się zawsze wycina imiona. Oni mieli romans. Potem przyszli Turcy, porwali ją, i ona została sułtanką Roksaną, a on poszedł do Ameryki kopać złoto...