Przejdź do zawartości

Strona:Wacław Sieroszewski - Latorośle.djvu/317

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

my... Zresztą wiatr wolnieje. Może brzeg?...
 Uniósł głowę i krzyknął. Ciemne pasmo skał wznosiło się tuż nad nimi. Wdrapali się pospiesznie na ląd i przysiedli w zaciszu. Głęboko dysząc, przyglądali się, jak w dali z chlupotaniem i hukiem niezmiernym kołysały się białe fale lodowych pól. Stefan poszedł szukać drzewa na ogień. Znalazł niedaleko ogromny pień, odłupał trochę drzazeg i rozpalił mały ogienek, który wiatr wkrótce zamienił w ogromne ognisko. Przy tym ogniu przedrzemali resztę nocy.
 O świcie odnalazł ich Buza.

 — Żyjecie? Bogu niech będą dzięki! Dobrze się stało, żem wam nic stamtąd wziąć nie dał.