Przejdź do zawartości

Strona:Wacław Sieroszewski - Latorośle.djvu/304

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

poniżej wysterkała z pod śniegu ręka zaskrzepła, krogulcza.
Plamy krwi mieszały się z czerwienią wieczoru.
— Co takiego? Co to jest?
— Cicho... Na miłość Boga, cicho! Uciekajmy! — krzyknął kozak i z przerażeniem spojrzał na psy, które przysiadły nagle i wyć zaczęły.
— Uciekajmy!... Nieszczęście!... Uciekajmy! — powtarzał i cofał się.
Ale Stefan i zakonnik oparli się temu.
— Trzeba zajrzeć, może kto został przy życiu, może będzie można ocalić.

— Nie, ja nie pójdę. Ja boję się, idźcie sami. Ja psy na dół