Przejdź do zawartości

Strona:Wacław Sieroszewski - Latorośle.djvu/299

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

leśniej. Parło ich ono coraz silniej, przesiąkało przez nich, zabierało ciepło ciała, oblepiając igłami śnieżycy. Wkrótce tych igieł suchych i palących mieli pełne usta, pełną odzież, czuli je przenikające przez futra do samego ciała, gdzie topniały, budząc dreszcz przejmujący. Niezliczone strugi tego pyłu unosiły się niziutko nad gładką, lśniącą powierzchnią śniegów, niby sploty żmij z sykiem obwijały się im dokoła nóg i tułowia, chwytały za zwieszone pyski psów, kąsały płozy i nóżki nart, i odbijając się od nich wzdętym, siwym kłębem, przewalały się przez karawanę.

Chroniąc się przed ich zimnemi żądłami, ludzie skulili się po-