Przejdź do zawartości

Strona:Wacław Sieroszewski - Latorośle.djvu/278

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

przed siebie wystawił, drugą na kark założył. Włosy mu się jeżyły z pod rzemiennej opaski, oczy płonęły krwawym, wilczym ogniem.
 Na jego widok kółko bawiących się na środku pokoju zamilkło i znieruchomiało; stary popatrzał posępnie na śmiałka, młodzież pochyliła się naprzód, jak do skoku, kobiety szeroko otwarły oczy i usta.
 — Czego chcesz? — krzyknął Stefan, występując naprzód. — Wynoś się!...

 — Wynoś się, wynoś... kiedy cię nie proszono! — podtrzymał gospodarza Buza, także wysuwając się naprzód. — Niech tylko pan do niego nie podchodzi! Pchnie pana!... Widzi pan: rękę