Przejdź do zawartości

Strona:Wacław Sieroszewski - Latorośle.djvu/27

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.

na sąsieku, skakał, piął się po snopach coraz wyżej, aż wpadł w jakąś dziurę, gdzie nikomu nie zawadzał, a sam doskonale wszystko widział.
Podjeżdżały wozy, snopy wielkie jak piec, kosmate jak broda Jankiela, wypływały z jasności i, chwytane przez dziewki, przechodziły z rąk do rąk, aż Maciej w końcu kładł je na miejscu przeznaczonem. Na klepisku rozlegały się bezustanne stuki, brzęki, okrzyki, ale na sąsieku było cicho; tylko czasem zaszeleściała słoma, zachichotała która z dziewcząt, lub Maciej mruknął przekleństwo. W szarym półzmroku ludzie poruszali się, jak cienie. Przez dziury w strzesze tu i owdzie wpadały pasma złotego bla-