Przejdź do zawartości

Strona:Wacław Sieroszewski - Latorośle.djvu/256

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

 Stefan, mimo pozorną niechęć i niedowierzanie, był tem trochę zaniepokojony i za każdem drzwi skrzypnięciem oglądał się skwapliwie.

 Godzina była późna. Tylko co skończył robotę i przez oszczędność zdmuchnąwszy świecę, dumał, wypoczywając przy świetle palącego się na kominie ognia. Uwagę jego zajęły niezwykłe dźwięki, dolatujące ze dworu, jakiś szczególny hałas, ruch. Nagle drzwi jego mieszkania, gwałtownie szarpnięte, otworzyły się i równie szybko zamknęły. Ktoś wpadł do izby i, ciężko dysząc, drzwi przytrzymywał, a ktoś inny silił się je otworzyć. Stefan zdziwiony zerwał się i świecę pospiesznie zapalił. Przy drzwiach stał