Przejdź do zawartości

Strona:Wacław Sieroszewski - Latorośle.djvu/252

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

cho się rzechotał, a Kituwja biegał bystreni spojrzeniem z przedmiotu na przedmiot Wreszcie i w jego twarzy coś błysnęło, wydał stłumiony okrzyk i wskazał duży kamień, zamiast ciężaru przywiązany do suszących się żył. Obecni skupili się koło tego kamienia, trącali go, próbowali podnieść wyprostowaną ręką, ale mógł to zrobić tylko Kituwja.
 Gdy Stefan podszedł i uczynił to samo, twarz wojownika rozjaśniła się przyjaźnie; powiedział mu: »brat« i ręką z niechcenia przeciągnął po jego ramionach i plecach.

 — Chwali pana... pyta, dlaczego nie widuje go nigdy w kole ludzi, koło szynku?