Przejdź do zawartości

Strona:Wacław Sieroszewski - Latorośle.djvu/240

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

głową i rękoma głęboko zasuniętemi w kieszenie. Bezmyślnym, lecz uporczywym wzrokiem wpatrywał się w południową stronę, skąd po wielu dniach ciemności miało trysnąć pierwsze świtanie. Chwilami zdawało mu się, że tam już świta, że coś drga w bezbrzeżnej pomroce. Ale to tylko kołysały się kapryśne tumany i drżały gwiazdy na widnokręgu; zmęczone oczy zwrócił więc na miasteczko, na którego skraju stał jego domek. Tam w oknach migotały blade światełka, chóry, psów pociągowych ujadały i głucho wyły na rozmaitych podwórzach.

— Och, jak »ciągną« — pomyślał. — Oszaleć można, a tu mróz taki, nikt pewnie nie zajrzy.