Przejdź do zawartości

Strona:Wacław Sieroszewski - Latorośle.djvu/231

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

Paweł siadł na stołeczku i głowę oparł na ręku. Milczeli długo, nie patrząc na siebie. Wkrótce szum wiatru przyniósł im zdała głosy ludzkie. Psy zaczęły ujadać znowu.
— Idą!... zobaczą nas!...
— Więc cóż? czyż wszyscy nie wiedzą?...
— Nie chcę tego!... Na co?...
Paweł wstał, wziął broń i tyłami wymknął się do lasu. Marya zgasiła lampę. Rozmowa wracających myśliwych stawała się coraz wyraźniejszą:
— Pewnie zziąbł, a nie chcąc popsuć nam polowania, powrócił sam do domu... To w jego stylu..

— Ale jeżeli znajdziemy go w domu, to zwymyślam, jak nieboskie stworzenie!