Przejdź do zawartości

Strona:Wacław Sieroszewski - Latorośle.djvu/221

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

gdzie nadłamana gałąź krzewu oznaczała powrót ścieżyny w górę w las, zmieszał się. Gdybyż choć wietrzyk powiał, możnaby z jego podmuchów wnioskować o kierunku!... Nic, tylko ciemności nieprzebite i martwy spokój, głazy i drzewa... Pod kolumnadą lasu odrazu jak gdyby oczy stracił. Szedł z wyciągniętemi naprzód rękami i łowił gałęzie, które biły go po twarzy, plątały się między nogami, a pojawiały się zawsze z tej strony, z której najmniej się ich spodziewał. Raz w tej przepaścistej ciemności zabłysły nagle zielonawe ogniki; chwycił za broń, gotując się bronić życia, tak mu obecnie drogiego. Był pewien, że to ryś lub jaki inny drapieżnik; ale w miarę