Przejdź do zawartości

Strona:Wacław Sieroszewski - Latorośle.djvu/22

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

śnie dlatego daję mu kłosy, żeby się z nim zapoznać.

 Kasztan, któremu podawał pęczek żyta, długo nie dawał się skusić. Ciemną, wyliniałą wargę zwiesił, uszy do łba przytulił i udawał, że nie patrzy w tę stronę; przestał tylko wywijać ogonem. Wreszcie, gdy przynęta znalazła się tuż przed jego nosem, schwycił ją półgębkiem, ale jednocześnie lekkim ruchem korpusu w stronę wyciągniętej do pogłaskania ręki Piotrusia, dał poznać, że mu nie przyznaje żadnych praw do swojej wdzięczności. Chłopak powiedział mu »słowa prawdy«, rzucił nań garścią zboża i zwrócił się w tę stronę, gdzie za młynkiem siedział na ziemi dzieciak z konopiastą czu-