Przejdź do zawartości

Strona:Wacław Sieroszewski - Latorośle.djvu/214

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

ważne, tam szczególniej, gdzie z niczego coś ma powstać...
— Panno Maryo, w tych dniach odjeżdżam...
— Słyszałam. Niech pan z łaski swojej zawoła ich na obiad...
— Paweł popatrzył na nią długo i odrzucił daleko listek trzy-many w ręku.

Po chwili z szałasu jeden za drugim wyszli: Piotr, Koluś i Stefek, odziawszy się przyzwoicie i przygładziwszy rozczochrane czupryny. Obiad podano pod rozłożystym dębem. Kasza jęczmienna ze słoniną wydała im się przedziwną po odbytej przechadzce. Herbaty wypili niezliczoną ilość szklanek. Ale przez cały czas milczeli wszyscy z wyjątkiem Maryi, która rozpytywała Kolusia o szcze-