Przejdź do zawartości

Strona:Wacław Sieroszewski - Latorośle.djvu/200

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

czyny i przerzucał książkę, wziętą z półki.
 — A wracajcie prędko, bo zaraz obiad będzie... — wołała za nimi, gdy gęsiego ruszyli do lasu.

 Czas jakiś szli po szerokiej dla wozów utorowanej drodze, potem zawrócili w głąb. Nad nimi buki, dęby, graby, czynary, osina, topole i lipy olbrzymiej grubości i wzrostu łączyły swe konary w zbite sklepienie. Pod drzewami jak puch gaiła się leszczyna, olcha górska i inne krzewy; wszystko tonęło w półświetle zielonem. Nieliczne promienie słoneczne, które się tu dostały, takiż sam miały odcień. Jak złote centki pstrzyły dno lasu, wśród zupełnego spokoju drżały i tańczyły po pniach i liściach za każdem