Przejdź do zawartości

Strona:Wacław Sieroszewski - Latorośle.djvu/168

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

aż w końcu zostały tylko pojedyncze drzewa, zwieszone nad promienną głębią.
 — Mój Boże, jakże to blizko! — nie mógł wstrzymać okrzyku Paweł.
 — Nie patrz!... nie zaglądaj!... śpiesz się!... Takie miejsca szybko przechodzić trzeba.

 Szli więc szybko, stąpali na oślep, gdyż zmrok zawsze jesz-cze zasłaniał tor drogi. A przecież dość było pośliznąć się, jeden fałszywy krok uczynić!... Paweł czuł, że miał nerwy, jak struny, napięte. Nie patrzył w przepaść, lecz ciągle ją widział jasną, spokojną, tajemniczą, przemawiającą głosem potoku, ryczącego na jej dnie. Nogi mimowoli uciekały mu w przeciwną stronę,