Ta strona została przepisana.
pada od skał, lecz lazurowe niebo prześwieca przez głazy. Z obu stron, niby słupy olbrzymich wrót, wznosiły się ciemne zbocza rozstrzelonego w tem miejscu górskiego łańcucha. Dołem biegło gęste, splątane pasmo lasów, łączące oba urwiska w podkowę. Żółta nić drogi spokojnie płynęła w dal i nikła wśród lasów.
Na zawrocie góry zemknęły się znowu, a z boku i z przodu spiętrzyły się jednostajnie zielone zboża, u których stóp legły opustoszałe już plantacye tytoniu, drobniuchne pólka zoranej roli i znów niezmierzone przestrzenie lasów.
Przebyli wbród kilka potoków górskich i wydostali się na no-