Przejdź do zawartości

Strona:Wacław Sieroszewski - Latorośle.djvu/157

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

ku miał dużą paczkę sprawunków, zawiniętych w papier.
 — Panie Kolusiu!... panie Kolusiu!... Praktykanty ubliżają... nie rozmawiają... — skarżył się Błażek, próbując biegnącego zatrzymać za rękaw. Koluś rzucił na wóz swoją paczkę, chwycił za broń i, nie wstrzymując wozu, w biegu na miejsce wskoczył.
 — Jaki on zawsze dziwny! — rzekł mężczyzna, nazwany praktykantem, wskazując Błażka, w którego dzieci zaczęły rzucać kamykami i skorupami od jaj.
 — A teraz szanownego pana spytamy też w imieniu prawa, dlaczegoś nakupił takiej nędzy?

 To mówiąc, podniósł do góry wiązkę kiełbasy, pokrytej białą pleśnią.