Strona:Wacław Sieroszewski - Kulisi.djvu/7

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   7   —

który miał prawo do szczególnych przywilejów, ponieważ zwykle był w rodzinie jeden.
Życie w jaskiniowej wiosce tętniło wesoło, i urozmaicone, gdyż, gdzie dużo ludzi, tam dużo wypadków. A trudno je było ukrywać, skoro cienkie dziurkowate ściany przepuszczały doskonale głosy. Ciekawość na wsi nie jest rzeczą błahą i naganną, jak gdzie indziej. Czuwa ona wciąż nad prowadzeniem się pojedyńczych osób i utrudnia im zboczenie z drogi cnoty. Tysiące oczów śledzi każdego, i tysiące umysłów gani go lub pochwala. Najlepiej więc czuje się ten, którego sumienie pozostaje w zgodzie z sumieniem ogółu. Stąd płynie poszanowanie obyczajów i skrupulatne spełnianie obrządków.
Codzień na wszystkich piętrach było wiadomo wszystkim, co się gdzie stało. Nie przedstawiało to znowu wielkich trudności. Życie większości upływało nazewnątrz na gzymsach i powietrznych ganeczkach, gdzie przed każdem siedliskiem mieściło się ognisko, kuchnia i leżały zapasy paliwa. Za paliwo służył zwyczajnie suchy pomiot zwierzęcy, skrzętnie zbierany po polach i drogach przez najmłodszych członków rodziny — wieczny powód do zwad i bijatyk wśród dziatwy, gdyż należał on od najcenniejszych przedmiotów w tym kraju, w którym znano drzewa jedynie z opowiadania.
Od lat wielu co rano ku oszczędnie podsycanemu, ledwie dymiącemu się ognisku wychodził stary Szań Chaj-su i wznosił ku niebu łzawiące się od wieku i trudów oczy. Na ganeczkach, zwisają-