Strona:Wacław Sieroszewski - Kulisi.djvu/50

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.
    —   50   —

    — A czego tam? — spytał, nie podnosząc głowy.
    — Dawno nie jedliśmy. Trzy już miesiące szukamy pracy... — razem odpowiedzieli bracia.
    Misjonarz pracował dalej.
    — Jesteśmy z Gań-su! — dodali.
    — Dużo was tu takich się włóczy!... Nie starczy dla wszystkich strawy. Idźcie do kuchni, może co zostało, niech wam dadzą... — zamruczał cudzoziemiec.
    Nędzarze nie ruszali się z miejsca.
    — Jeszcze czego? Powiedziałem: idźcie do kuchni.
    — Trzy miesiące szukamy pracy. Gotowi jesteśmy nawet ochrzcić się i zjeść, co każesz!...
    — Tylko nie bardzo dużo. Dużo nie będę w stanie... — uczciwie przyznał się Szań-si.
    — Co? Co takiego?
    — Wszystko, co zechcesz: serce, wątrobę, oczy...
    Misjonarz zerwał się z ziemi.
    — Ach, łotry! Precz! Wiem, kto przysłał was i czyja to robota?!... Ośmieszać święte tajemnice ustami pogan, aby zadowolić swe szatańskie namiętności i krzywdzić prawowiernych. Do tego zdolni są tylko zatwardziali papiści!... A, przeklęci heretycy!... Niech zginą w wiecznym ogniu! Przyznajcie się, że oni was przysłali!... — krzyczał misjonarz jak wściekły.
    — Cóżeś ty ich puścił? — zwrócił się z wymówkami do przybyłego na krzyk odźwiernego.
    Ten popychał braci do wyjścia i kiwał im z wyrzutem głową.