Strona:Wacław Sieroszewski - Kulisi.djvu/4

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   4   —

Wysokiego Nieba ucichł dopiero wtedy, gdy w liczbie wychodźców odeszli i grzesznicy. Ale któż w stanie jest odgadnąć, czy nie jego błędy wywołały gniew nadziemski?
Brak mężczyzn był tak wielki, że dobre obyczaje nie upadły li tylko dzięki świadomości, iż nowe grzechy nowe wywołają kary. Narodzenie się dziewczynki w smutek naówczas pogrążało rodziny. Minęły lata. Niezamężne dziewczęta z owych ciężkich czasów wyschły, zgrzybiały i zwolna wymarły, przeklinając występki ludzi, które pozbawiły je macierzyństwa. Obfite urodzaje wróciły zamożność ludności. Napełniły się śpichlerze, a mądre prawa Wszechwiednego Rozumu wyrównały ułomności życia. I znowu każda dziewczyna w szesnastym roku mogła słusznie spodziewać się narzeczonego, i znowu wąskie doliny Żółtej Gliny zagrały okrzykami dzieci, bawiących się nad brzegami potoków, łowiących tam ryby lub strzelających z procy. Znowu w mieszkaniach, wydłubanych rzędami w gliniastych urwiskach dolin, zaroiły się małe postaci czarnogłowego ludu[1], znowu z otwartych okien wiejskich szkółek, upiększonych czerwonemi, niebieskiemi i zielonemi kaflami, popłynęły głośno wyśpiewywane nauki starożytnych mędrców.

Ale oto znowu przyszło bez żadnej napozór przyczyny nieszczęście! Już w roku zeszłym zbiór pszenicy był marny. Troska zajrzała nawet do zasobnych gospodarstw, i niewielu wieśniaków miało pewność, że do przednówka starczy im własnego

  1. T. j. Chińczyków.