Strona:Wacław Sieroszewski - Kulisi.djvu/39

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.
    —   39   —

    je odrywano od kości; nogi wprawdzie stąpały miarowo, ale bracia już nie zdawali sobie sprawy, czy idą naprzód, czy drepczą na miejscu. Podeszwy przy doknięciu piekły ich, jakgdyby stąpali po żarzących węglach. Oczy wciąż zachodziły im czerwoną mgłą.
    — Dalej, dalej!... Już widać wrota... Zdaje się, że chcą je zamykać!
    — Cóż, wy, łotry, zwalniacie kroku... Słyszycie?!... Sygnał słyszeliście?!... Nieszczęście!... — chrypiał przedsiębiorca. Przeraźliwy wrzask trąb miedzianych rozdarł powietrze. Bracia ocknęli się i otwarli oczy.
    Niedaleko, ponad tłumem ludu wznosiły się wysoko ku niebu ciemne mury. Na niższym krużganku wielkiej baszty wjazdowej stała straż i grała na trąbach, błyskając miedzią w promieniach zachodzącego słońca. Przedsiębiorca coś krzyczał niewyraźnie i biegł ku wrotom, których otwór czerniał jeszcze, jak szeroko otwarta paszcza zgłodniałego węża. Tragarze z wysiłkiem szarpnęli się naprzód; Europejczyk biegł obok palankinu, ręką wstrzymując jego kołysanie.
    — Z drogi!... z drogi... przed umierającą cudzoziemką! — krzyczał Ju-lań, jak obłąkany.
    Tłumy pośpiesznie ustępowały. Ba! kto wie, co zamyśla demon, który zamierzał opuścić ciało konającej! Lepiej trzymać się odeń zdaleka.
    Orszak posuwał się przejściem swobodnie. Odległość od wrót szybko malała. Wtem spostrzegli swego przedsiębiorcę, wylatującego, jak z procy, z bramy, a następnie ogromne szare wrzeciądze za-