Strona:Wacław Sieroszewski - Kulisi.djvu/18

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   18   —

w złotej, niepowrotnej przeszłości. Od dziś otwierała się przyszłość mglista i niewiadoma.
Ale Si był wychowany w starych, surowych prawidłach, gdy więc oczy obecnych zwróciły się ku niemu, i on podniósł do góry wielki palec ręki. Nic jednak nie wyrzekł.
— Chao! (dobrze) — odpowiedział za siebie i za niego ochoczo Ju-lań.
Wieść o zamiarach synów Szań Chaj-su z szybkością błyskawicy obleciała wioskę.
Sąsiedzi gromadnie schodzili się do nich, niosąc podarunki i wyrazy współczucia. Wzruszenie ogólne było szczere, gdyż wielu myślało o zbliżającem się i dla nich rozstaniu.
Szaniów lubiono we wsi za ich usłużność, skromność i pracowitość. Upominki wieśniaków składały się z przedmiotów tanich, ale niezbędnych w drodze; ten przyniósł kilka par słomianych podeszew, ów garść ryżu, tamten konopną szleję do noszenia tłumoczka. Byli tacy, co w datku złożyli monetę.
Siu-caj, który był równie biedny, jak uczony, nic nie przyniósł. Ale zato powiedział mowę, której głęboką wartość należycie ocenili obecni.

— Pełni męstwa podróżnicy, posłuchajcie starego gaduły... Omyłki są właściwością ludzką — zaczął on starożytnem przysłowiem — więc unikajcie ich! Gdy przejdziecie Państwo Kwaitów i dotrzecie do brzegów Błękitnego Morza, nadewszystko wystrzegajcie się rudych djabłów zamorskich[1].

  1. Tak Chińczycy nazywają białych.