Strona:Wacław Sieroszewski - Ciupasem na Syberję.djvu/10

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Jednego dnia obiegała pogłoska, że wobec zbliżającego się na Syberji jesiennego bezdroża, żadna partja nie zostanie wysłana z Moskwy przed Bożem Narodzeniem; na drugi dzień mówiono znowu, że już są przygotowane spisy wygnańców, których lada chwila wywiozą. Byli nawet tacy, co te spisy widzieli, lecz tych szczęśliwców niepodobna było odszukać, każdy wymieniany wypierał się w żywe oczy. Powstały dwa obozy, jedni, przeważnie katorżanie i dożywotni zesłańcy, pragnęli jak najprędzej przedłużyć pobyt w stolicy, w Butyrkach, gdzie sale obszerne, obejście przyzwoite, obfitość książek, gazet i nowin, wikt mocno zasilany z zewnątrz przez krewnych i znajomych, częste widzenia czyniły życie znośnem; drudzy, przeważnie młodzież „administracyjna“, niecierpliwiła się, miała dosyć więzienia, spieszyła na względną wolność i marzyła o przygodach, o nieznanych krajach, o ucieczkach... Dla wielu wygnanie przedstawiało się jak daleka romantyczna wyprawa na koszt rządu, gdyż mówili: „i na Syberji jest przecież Rosja“. Dla nas polaków był to bezwątpienia najbardziej rozdzierający dramat, gdyż myśmy tracili na długo, może na zawsze... Ojczyznę. Dlatego trzymaliśmy się wciąż ze Stanisławem Landy razem i często bywaliśmy smutni. Pewnego dnia monotonność więziennego życia została wstrząśnięta okrzykiem:
— Katorżan uprowadzono!... Kują ich!...